RSS
czwartek, 23 grudnia 2010
Koniec roku. Początek bloga.

To będzie blog o moim dążeniu do minimalizmu. Nie będę może skupiać się tak bardzo na samej filozofii minimalizmu, raczej chcę opisywać moje praktyczne doświadczenia w tej kwestii, bo myślę, że pomoże mi to trzymać się tej ścieżki. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat minimalizmu zachęcam do odwiedzenia moich ulubionych blogów o minimalizmie polecanych obok.


Minimalizm stanął na mojej drodze i zmienił / zmienia moje życie na lepsze.

Pierwsze spotkanie z minimalizmem to jakiś krótki artykuł w "Zwierciadle" i recenzja książki "Sztuka prostoty" Dominique Loreau. Od razu poczułam, że muszę to przeczytać. Otworzyła mi ona oczy na wiele spraw, a przede wszystkim powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę, że jestem o krok od zakupoholizmu. Swoje smutki, stresy, niespełnione ambicje i marzenia zagłuszałam kolejną nową bluzeczką lub spódniczką, a parę dni później nawet nie pamiętałam, że je kupiłam. Po prostu zalegały na dnie szafy.

Powiedziałam sobie dość. Dość oszukiwania siebie i dość obsesyjnego kupowania dla poprawy nastroju.

Motywacją do zmiany była także przeprowadzka do nowego domu. Wcale nie jest minimalistyczny; 130m2 dla dwójki dorosłych i dwulatka. Był taki nowiutki, z taką ilością przestrzeni, że nie chciałam wnosić do niego żadnych niepotrzebnych gratów. Przeprowadzka to świetny czas na nową filozofię życia i porządki, nie tylko w szafach ale i swojej głowie.

Jak to kobieta, zaczęłam od przeglądu szafy. Będąc pod wpływem programu Goka Wana, a także bloga minimalistki Ajki, postanowiłam stworzyć tzw. capsule wardrobe. Pierwszy etap polegał na pozbyciu się wszystkiego czego już nie noszę. A było tego sporo, bo wcześniej prawie niczego nie wyrzucałam.

W nowym domu mam piękną przestronną garderobę, gdzie większość ubrań może wisieć na wieszakach, jest też kilka półek. Nie chciałam zapychać jej stertą starych lub nienadających się do noszenia ciuchów. Na wieszakach zostało tylko to, co naprawdę noszę, podzielone na dwie części: wiosenno-letnią i jesienno-zimową. Do kupionych na allegro ozdobnych pudeł powędrowały osobno skarpety, rajstopy, stroje kąpielowe (tak, tak, mam ich kilka choć jako minimalistka nie powinnam, ale jeszcze dużo do zrobienia przede mną). Bielizna znalazła się w komodzie w sypialni a tzw. okrycia wierzchnie, również po selekcji, w szafie wnękowej w przedpokoju.

Choć to dopiero początek poczułam się dużo lepiej. I nie chodzi tylko o to, że wchodząc do garderoby mogę szybko przejrzeć ciuchy i zdecydować w co mam się ubrać, ale podoba mi się przede wszystkim to uczucie, że mam nad tym kontrolę, że to nie rzeczy mną rządzą, ale ja decyduję o tym co posiadam i dlaczego.

To oczywiście etap wstępny do stworzenia capsule wardrobe. Mam już sporządzoną i przemyślaną dokładną listę  ubrań, które mają być podstawą mojego ubioru. Część z nich już mam, niektóre muszę dokupić, ale nie będą to już
zakupy pod wpływem impulsu, ale zaplanowane, przemyślane, wręcz z listą w ręku. I znowu, to poczucie kontroli daje naprawdę dużą satysfakcję. Więcej o mojej capsule wardrobe napiszę później.

Następnymi rzeczami, którymi się zajęłam były kosmetyki. Posprawdzałam daty ważności na wszystkich opakowaniach różnych szamponów, odżywek, balsamów, toników, kremów i innych kosmetyków, często kupowanych tylko po to by użyć raz czy dwa. Wszystko to, co przeterminowane lub co ewidentnie mi nie służyło (np. powodowało alergię itp) - do kosza. W szafkach w łazience pojawiły się tylko kosmetyki do używania na teraz. W pierwszej kolejności te już otwarte i z najkrótszym terminem użycia. Reszta wylądowała w tzw. głębszej szafce czekając na swoją kolej użycia.
Postanowiłam również, że nie będę kupować np. nowego balsamu, pianki czy toniku dopóki nie zużyję tego, który mam w domu. Ostatnio odkryłam dzięki temu, że np. pianka do mycia twarzy, której w opakowaniu zostało na dnie tylko ok. 1 cm, może posłużyć jeszcze przez 4 dni zanim całkowicie się zużyje. Jeszcze niedawno wyrzuciłabym ją gdyby na dnie zostało 10 cm, bo wydawałoby mi się że już się skończyła.
Podobnie zrobiłam z kosmetykami kolorowymi. Zużyte, przeterminowane lub nieużywane- kosz! (Okazało się, że mimo że rzadko maluję usta ilości błyszczyków mogłaby mi pozazdrościć nawet Jola Rutowicz.) Zostało tylko to, czego naprawdę używam. Poukładane, włożone w specjalny segregator na kosmetyki z Ikea ślicznie wyglądają w szufladzie mojej czyściutkiej minimalistycznej toaletki.
Przy okazji uświadomiłam sobie ile kasy (czyli mojego czasu poświęconego na pracę) straciłam bez sensu na jakieś bzdury. Przy segregacji zrobiłam listę, kosmetyków, które naprawdę lubię, i które są dla mnie skuteczne i takie będę w przyszłości kupować.

O dalszym minimalizowaniu konsumpcji i maksymalizowaniu prawdziwych przyjemności w życiu już niedługo.





1 , 2