RSS
czwartek, 30 grudnia 2010
This is my symphony.

“To live content with small means;
to seek elegance rather than luxury, and refinement rather than fashion;
to be worthy, not respectable, and wealthy, not rich;
to listen to stars and birds, babes and sages, with open heart;
to study hard;
to think quietly, act frankly, talk gently, await occasions, hurry never;
in a word, to let the spiritual, unbidden and unconscious, grow up through the common –
this is my symphony.”


–William Henry Channing (1810-1884)

środa, 29 grudnia 2010
Moje postanowienia noworoczne.

Oto moje minimalistyczne postanowienia noworoczne. Za rok zobaczę co wyszło z moich planów :)

  • założyć zeszyt wydatków i dobrze go przeanalizować

  • sporządzić budżet domowy i trzymać się go!

  • odpowiednio planować większe wydatki

  • zlikwidować długi (zostaje tylko kredyt mieszkaniowy)

  • przygotowywać wcześniej tygodniowe menu i na tej podstawie sporządzać listę zakupów – i trzymać się tego!

  • używać naturalnych środków czyszczących zamiast supermarketowej chemii

  • nie brać żadnych reklamówek ze sklepów

  • zrobić porządek w szafie, garderobie, schowku na strychu, kuchni, gabinecie,komodzie w sypialni, kotłowni, schowku pod schodami

  • zrobić porządek przed wejściem do domu

  • regularnie przeglądać i stopniowo pozbywać się rzeczy niepotrzebnych już dzieciom

  • niepotrzebne rzeczy sprzedawać na aukcjach internetowych, oddawać znajomym lub organizacjom charytatywnym

  • założyć kompostownik w ogródku

  • zasadzić własną miętę i bazylię

  • dać do naprawy maszynę do szycia i nauczyć się szyć np. przerabiać swoje ciuchy na ciuszki dla dzieci

  • nie oglądać TV podczas posiłków, oglądać tylko wybrane wcześniej programy w TV

  • utrzymywać regularny kontakt z moją rodzinką

czwartek, 23 grudnia 2010
Minimalistyczne prezenty świąteczne

Boże Narodzenie to czas obdarowywania prezentami. Czas łowów w hipermarketach, galeriach handlowych, sklepach, targach. Dla niektórych też czas intensywnego używania kart kredytowych lub brania drogich kredytów, w myśl zasady "zastaw się a postaw się ". Wszystko to ku uciesze wielkich koncernów dbających o bezustanne kreowanie nowych potrzeb w nas - konsumentach, tak byśmy działali zgodnie z zasadą "work-buy-consume-die".

Zastanówmy się czy naprawdę chcemy poświęcać nasz czas i pieniądze na stadne gonienie po centrach handlowych, zastanawianie się: "Kurczę, a co dla ciotki Helki? Pojęcia nie mam, a jakiś prezent trzeba dać...", a potem wydawanie pieniędzy na zupełnie ciotce niepotrzebny i nie w jej guście szalik / wazonik / sweterek / obrusik (niepotrzebne skreślić)?

Ja doszłam do wniosku, że tak nie chcę! Co więc zrobić? Święta bez prezentów? To przecież niemożliwe!

Tak sobie myślę, że można zrobić w ten sposób:

  • dla dalszej rodziny lub kogoś, komu nie wiemy co kupić można przygotować zestawy upominkowe tzw. homemade food; własnoręcznie przyrządzone wcześniej konfitury, pierniczki, ciasteczka, nalewka. Co kto umie i lubi. Ładnie zapakować i gotowe. Niedrogo, włożyliśmy w przygotowanie własny wysiłek, a prezent raczej nie wyląduje na dnie szafy bądź na allegro zaraz po świętach, raczej zostanie z radością prędzej czy później skonsumowany.
  • można zapytać osoby, z którą jest się blisko, o jakim prezencie marzy naprawdę. Jeśli to jest  dla tej osoby ważne, a jest kosztowne lepiej, by kilka osób z rodziny złożyło się na prezent, niż od każdego miałaby ta osoba dostać "uroczy", choć zupełnie niepotrzebny drobiazg.
  • jeśli wiemy, że ktoś ma jakieś hobby, np. wędkowanie, kino, teatr, sport, fotografowanie, ale my nie bardzo się na tym znamy kupmy karnet do teatru czy kina, lub bon do sklepu ze specjalistycznym sprzętem. Wydaje mi się, że to lepiej wydane pieniądze niż "kolejny zestaw popularnych kosmetyków, bo nie wiadomo co kupić".
  • Jeśli chodzi o dzieci to sprawa nie jest łatwa. One oczekują wyjątkowych prezentów pod choinką. Myślę, że tu przygotowania powinno się zacząć dużo wcześniej. Wsłuchujmy się w dziecko przez cały rok, jeśli naprawdę marzy o czymś wyjątkowym, nie kupujmy mu tego od razu, "bo przecież ono chce a mnie stać", tylko powiedzmy, że będzie to gwiazdkowy wyczekiwany prezent. Jeśli to była tylko zachcianka, dziecko po kilku dniach zapomni, musimy więc wsłuchiwać się dalej. Jeśli pamięta i czeka na wymarzony prezent, radość pod choinką będzie ogromna, a prezent wart swej ceny.
  • Prezenty niematerialne, tzn. nie kolejne przedmioty. Żyjemy w czasach, kiedy tak naprawdę większość z nas posiada przedmioty niezbędne do życia, często więc kupujemy tylko dlatego, by mieć coś lepszego, nowszego, ładniejszego od poprzedniej rzeczy; torebka podobna do posiadanej ale nowsza, telewizor bo ma więcej cali, buty bo na takim obcasie jeszcze nie mam, choć mam 7 par innych. Zapominamy, że za nasze ciężko zarobione pieniądze możemy mieć inne przyjemności. Możemy np. w ramach świątecznego prezentu dla siebie i najbliższych wybrać się na nawet jednodniową wycieczkę do jakiegoś interesującego miejsca w okolicy, gdzie jeszcze nie byliśmy (wbrew pozorom takich miejsc jest mnóstwo), iść w ramach prezentu do świetnej restauracji, na którą nie codziennie nas stać, a uwielbiamy tamtejsze jedzenie, zapisać się razem z partnerem/partnerką na jakiś kurs, np. tańca, fotografii, jazdy konnej- co kto lubi, kupić wspólny karnet na basen, do sauny, czy na filmowe wtorki, tak by móc raz na tydzień wspólnie odpocząć. Takich możliwości jest wiele, a moim zdaniem minimalizm nie polega na zupełnym niewydawaniu pieniędzy i ascezie, tylko na przemyślanym wydawaniu ich na sprawy, które są naprawdę dla nas ważne i które sprawiają nam prawdziwą satysfakcję.
Minimalizm a Boże Narodzenie

Święta Bożego Narodzenia, według mnie najpiękniejsze w roku, ale i najbardziej skomercjalizowane, to duże wyzwanie dla początkującego minimalisty.

W tym roku niestety nie było mi dane uczestniczyć w przygotowaniach do świąt, nie spędzę też ich w domu. Bliskich zobaczę tylko przez parę godzin. Szkoda. Ale zastanawiam się jak w przyszłym roku mogłabym zorganizować Boże Narodzenie zgodnie z nową przyjętą przeze mnie filozofią.

Jestem tradycjonalistką. Nie potrafię wyobrazić sobie świąt bez choinki, prezentów, dekoracji świątecznych. Nie przepadam za gotowaniem, ale za to uwielbiam barszcz z uszkami i pierogi z kapustą mojej mamy. Po przeczytaniu wypowiedzi na temat minimalistycznego spędzania świąt na kilku blogach postanowiłam, że w przyszłym roku wprowadzę w życie kilka pomysłów. Zależy mi przede wszystkim na wprowadzeniu do naszej rodzinki kilku zwyczajów, które mam nadzieję w przyszłości staną się rodzinną tradycją. Oto co przychodzi mi do głowy:

  • pieczenie ciasta z okazji pierwszego śniegu (może się okazać, że będzie to już w październiku). Trzeba wybrać przepis na łatwe i szybkie ciasto, i najlepiej robić je tylko raz w roku na tę właśnie okazję, lub tylko wtedy gdy jest śnieg. Przez to będzie wyjątkowe.
  • zrobienie kalendarza adwentowego dla dzieci, najlepiej takiego ślicznego własnoręcznie uszytego i ozdobionego.Choć nie wiem czy niedługo, przy dwójce już dzieci, będę miała czas coś takiego wykonać. Jeśli nie, to może zamówię taki kalendarz u dziewczyn, które nieraz podobne cuda pokazują na swoich blogach. Zależy mi na tym, by taki kalendarz mógł być wykorzystywany corocznie, ale najfajniejsze będzie to, że w okienkach nie będzie słodyczy, ale różne inne niematerialne niespodzianki, które mam nadzieję uszczęśliwią moje szkraby, np. wspólne lepienie bałwana, sklejanie łańcucha na choinkę, przygotowywanie pierniczków, zabawa w teatrzyk, zimowy spacer, itp.
  • pieczenie pierniczków i ciasteczek na święta razem z dziećmi. Myślę, że będą miały obrzymią frajdę. U mnie w domu nie było takiego zwyczaju, a szkoda.
  • wspólne robienie ozdób choinkowych; to było u mnie w domu i do dziś pamiętam tą frajdę gdy jako kilkuletni brzdąc razem z siostrą i tatą sklejałam łańcuch z kolorowego papieru. Dopóki dzieci będą małe choinka nie będzie ascetyczna, ale wielka do sufitu, kolorowa, pełna własnoręcznie robionych ozdób, być może dla osób postronnych lekko kiczowata, ale swojska. Zadbam natomiast o to, by było ekologicznie, by nie było pastiku, a ozdoby były biodegradowalne lub do użycia przez niejeden sezon. Będą więc szyszki pozbierane jesienią, orzechy włoskie, pierniczki, suszone plastry cytrusów, ozdoby z masy solnej, szydełkowe ozdoby, wycinanki i łańcuchy np. ze starych gazet lub zużytego papieru do drukarki. Oczywiście będą też bombki, ale nie żadne tam tandetne, plastikowe, ale prawdziwe piękne, szklane, takie, które nie opatrzą się po sezonie, ale po latach mogą stać się rodzinnymi skarbami. Mam kilka takich bombek po babci. Są zupełnie wyjątkowe. Jak dzieci wyrosną z ozdabiania choinki własnoręcznymi wyrobami, będziemy mieć te bomki i choinka będzie wyglądać tradycyjnie i dostojnie. Zakup takich bombek nie będzie uleganiem przedświątecznej komercji, musi być dobrze przemyślany a ozdoby muszą być świetnej jakości bo mają służyć lata. Po świętach wszystko ma się zmieścić w dużym pudle podpisanym "ozdoby choinkowe" i w wysprzatanym minimalistycznym schowku na strychu ma czekać na następne święta.
  • brak innych tandetnych ozdób świątecznych w moim domu. W salonie ma być okazała choinka, na stole stroik z prawdziwych gałązek i nic więcej. Żadnych małych plastikowych choineczek w każdym pokoju, żadnych supermarketowych aniołków i mikołajów na półkach, żadnych nalepek na oknach. Nic! Tu obowiązuje minimalizm.
  • na świątecznym stole bielusieńki obrus, pod nim sianko, a na nim bordowe eleganckie serwetki (z materiału, nie papierowe!) i odświętna tradycyjna zastawa. Aranżacje świątecznych stołów wyglądają pięknie w gazetach, ale nie wiem czy praktyczne jest jedzenie wśród ozdób z szyszek, porozrzucanych koralików czy gałązek ostrokrzewu lub jemioły. Jeśli chodzi o wystrój stołu jestem minimalistką. Uważam, że im prościej, tym bardziej elegancko.

Moje przemyślenia na temat minimalistycznych prezentów i spędzania świąt zamieszczę w kolejnym wpisie.

Moja nowa szafa - capsue wardrobe.

Bardzo spodobała mi się idea capsule wardrobe, czyli bazy ubraniowej, za pomocą której można tworzyć różne zestawy na różne okazje. Nie ma jednego przepisu na capsule wardrobe, każdy musi sobie ją dopasować do siebie, do swojej sylwetki, swojego stylu życia, wieku, pracy itp.
Podaję tutaj moją wersję capsule wardrobe. Jeśli chodzi o mnie to mam 32 lata, sylwetka szczupła, pracuję jako lektor w szkole językowej i tłumacz w domu. Jestem mamą dwulatka, preferuję styl casual oraz smart casual i nie lubię chodzić na obcasach.
Oto co znalazło lub znajdzie się w mojej szafie (jeszcze wszystkiego nie skompletowałam):

Kolory bazowe: granat, czerwień, czerń

  • dżinsy rurki ciemne
  • dżinsy z prostymi nogawkami granatowe
  • eleganckie spodnie materiałowe czarne
  • wąska dżinsowa spódnica
  • czarna spódnica ołówkowa
  • biała bluzka długi rękaw
  • biała bluzka krótki rękaw
  • dopasowane topy długi rękaw: czarny, szary, czerwony
  • dopasowany żakiet
  • tunika czerwona
  • ciepły sweter wełniany
  • elegancka bluzka długi rękaw
  • elegancka bluzka krótki rękaw
  • sukienka princeska
  • mała czarna
  • czerwona sukienka koktajlowa
  • czerwony cardigan
  • czarny cardigan
  • kilka dopasowanych T-shirtów bawełnianych
  • 2 pary szortów w stylu safari
  • 2 letnie sukienki
  • 1 letnia spódnica
  • dres: spodnie+ bluza
  • strój kąpielowy sportowy
  • tankini
  • płaszcz - trencz
  • czarna skórzana kurtka
  • elegancka kurtka zimowa
  • kożuch na zimę
  • kurtka puchowa sportowa

Obuwie:

  • balerinki czarne
  • buty na obcasie do sukienki na wyjścia
  • czarne botki
  • czarne kozaki przed kolano
  • tenisówki all stars
  • klapki japonki skórzane
  • klapki na basen

Może nie jest to 25 rzeczy, jak proponuje Gok Wan, ale bądźmy  szczerzy, nasz klimat jest bardziej zróżnicowany niż w UK.
Dla mnie ta baza wygląda obiecująco, można naprawdę dobrze się ubrać, szczególnie, że większość z tych rzeczy jest uniwersalna, tzn. nie wychodzi z mody po jednym sezonie. Poza tym można bawić się też dodatkami, choć i tych nie należy nadużywać. Teraz wolę kupić mniej, za to świadomie, i być lepiej ubrana.

Koniec roku. Początek bloga.

To będzie blog o moim dążeniu do minimalizmu. Nie będę może skupiać się tak bardzo na samej filozofii minimalizmu, raczej chcę opisywać moje praktyczne doświadczenia w tej kwestii, bo myślę, że pomoże mi to trzymać się tej ścieżki. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat minimalizmu zachęcam do odwiedzenia moich ulubionych blogów o minimalizmie polecanych obok.


Minimalizm stanął na mojej drodze i zmienił / zmienia moje życie na lepsze.

Pierwsze spotkanie z minimalizmem to jakiś krótki artykuł w "Zwierciadle" i recenzja książki "Sztuka prostoty" Dominique Loreau. Od razu poczułam, że muszę to przeczytać. Otworzyła mi ona oczy na wiele spraw, a przede wszystkim powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę, że jestem o krok od zakupoholizmu. Swoje smutki, stresy, niespełnione ambicje i marzenia zagłuszałam kolejną nową bluzeczką lub spódniczką, a parę dni później nawet nie pamiętałam, że je kupiłam. Po prostu zalegały na dnie szafy.

Powiedziałam sobie dość. Dość oszukiwania siebie i dość obsesyjnego kupowania dla poprawy nastroju.

Motywacją do zmiany była także przeprowadzka do nowego domu. Wcale nie jest minimalistyczny; 130m2 dla dwójki dorosłych i dwulatka. Był taki nowiutki, z taką ilością przestrzeni, że nie chciałam wnosić do niego żadnych niepotrzebnych gratów. Przeprowadzka to świetny czas na nową filozofię życia i porządki, nie tylko w szafach ale i swojej głowie.

Jak to kobieta, zaczęłam od przeglądu szafy. Będąc pod wpływem programu Goka Wana, a także bloga minimalistki Ajki, postanowiłam stworzyć tzw. capsule wardrobe. Pierwszy etap polegał na pozbyciu się wszystkiego czego już nie noszę. A było tego sporo, bo wcześniej prawie niczego nie wyrzucałam.

W nowym domu mam piękną przestronną garderobę, gdzie większość ubrań może wisieć na wieszakach, jest też kilka półek. Nie chciałam zapychać jej stertą starych lub nienadających się do noszenia ciuchów. Na wieszakach zostało tylko to, co naprawdę noszę, podzielone na dwie części: wiosenno-letnią i jesienno-zimową. Do kupionych na allegro ozdobnych pudeł powędrowały osobno skarpety, rajstopy, stroje kąpielowe (tak, tak, mam ich kilka choć jako minimalistka nie powinnam, ale jeszcze dużo do zrobienia przede mną). Bielizna znalazła się w komodzie w sypialni a tzw. okrycia wierzchnie, również po selekcji, w szafie wnękowej w przedpokoju.

Choć to dopiero początek poczułam się dużo lepiej. I nie chodzi tylko o to, że wchodząc do garderoby mogę szybko przejrzeć ciuchy i zdecydować w co mam się ubrać, ale podoba mi się przede wszystkim to uczucie, że mam nad tym kontrolę, że to nie rzeczy mną rządzą, ale ja decyduję o tym co posiadam i dlaczego.

To oczywiście etap wstępny do stworzenia capsule wardrobe. Mam już sporządzoną i przemyślaną dokładną listę  ubrań, które mają być podstawą mojego ubioru. Część z nich już mam, niektóre muszę dokupić, ale nie będą to już
zakupy pod wpływem impulsu, ale zaplanowane, przemyślane, wręcz z listą w ręku. I znowu, to poczucie kontroli daje naprawdę dużą satysfakcję. Więcej o mojej capsule wardrobe napiszę później.

Następnymi rzeczami, którymi się zajęłam były kosmetyki. Posprawdzałam daty ważności na wszystkich opakowaniach różnych szamponów, odżywek, balsamów, toników, kremów i innych kosmetyków, często kupowanych tylko po to by użyć raz czy dwa. Wszystko to, co przeterminowane lub co ewidentnie mi nie służyło (np. powodowało alergię itp) - do kosza. W szafkach w łazience pojawiły się tylko kosmetyki do używania na teraz. W pierwszej kolejności te już otwarte i z najkrótszym terminem użycia. Reszta wylądowała w tzw. głębszej szafce czekając na swoją kolej użycia.
Postanowiłam również, że nie będę kupować np. nowego balsamu, pianki czy toniku dopóki nie zużyję tego, który mam w domu. Ostatnio odkryłam dzięki temu, że np. pianka do mycia twarzy, której w opakowaniu zostało na dnie tylko ok. 1 cm, może posłużyć jeszcze przez 4 dni zanim całkowicie się zużyje. Jeszcze niedawno wyrzuciłabym ją gdyby na dnie zostało 10 cm, bo wydawałoby mi się że już się skończyła.
Podobnie zrobiłam z kosmetykami kolorowymi. Zużyte, przeterminowane lub nieużywane- kosz! (Okazało się, że mimo że rzadko maluję usta ilości błyszczyków mogłaby mi pozazdrościć nawet Jola Rutowicz.) Zostało tylko to, czego naprawdę używam. Poukładane, włożone w specjalny segregator na kosmetyki z Ikea ślicznie wyglądają w szufladzie mojej czyściutkiej minimalistycznej toaletki.
Przy okazji uświadomiłam sobie ile kasy (czyli mojego czasu poświęconego na pracę) straciłam bez sensu na jakieś bzdury. Przy segregacji zrobiłam listę, kosmetyków, które naprawdę lubię, i które są dla mnie skuteczne i takie będę w przyszłości kupować.

O dalszym minimalizowaniu konsumpcji i maksymalizowaniu prawdziwych przyjemności w życiu już niedługo.